Nierozsądne są chwilę, w których się waham i relacjonuje ich stan zamiast chwytać i zawieszać się na ich
końcach, wzlatujące w strefę nieopamiętanego strachu i nieznajomości. Poczuwając szepty, drygnięcia, tyknięcia i bicie
wskazówek zegara na znak ciszy. Ciszy zwanej nierozsądkiem i robieniem wszystkiego co napotykam. Idę ulicą, główną i boczną,
a za sobą mam zaułek bez wyjścia. Trzy znaki. Jeden wybór. Ciągnę swe nogi wzdłuż prostej, głównej. Zbaczam kilkanaście
kroków dalej by się wyodrębnić. A na końcu wracam szukając jasności. Brnę dalej. Kilka kroków na przód, siadam. Myślę.
Czuję za sobą oddech kogoś mi znanego. Nie wiem kogo. Ciemność jest nie do opisania. Próbuję poznać po zapachu oddechu. Nie wiem.
Proszę o wskazówkę. Upadam. Budzę się w innym miejscu. Kolory, percepcja, wyobraźnia mieszają się na znak czyjegoś kciuka.
Pierwsze myśl zarysowuje Auschwitz. Ale to nie te barwy, nie ten kciuk. Wącham, dotykam pomimo braku wzroku. Czuję wolność.
Wolny smak kreuje mój wzrok. Otwieram oczy jakby nowo narodzona. To Indie. Wstaję. Idę przed siebie. Nagle siadam przed pomnikiem.
Z początku gdy się rodzisz wzrok się odwraca. Nie widzę postaci. Obok mnie stoi kobieta, miejscowa. Powiada, że to Budda.
Że każdy kto tutaj dochodzi pada samowolnie ku ziemi, że siła tego pomnika wznosząca się na kilkanaście metrów wnika w ludzkie
ciała i tak właśnie działa. Odwróciłam się by ujrzeć jej twarz, ale naglę zniknęła. Nie była śladów na piaszczystym podłożu.
Jakby jej nigdy nie było. Utopia. Nagle mój obraz wraca tutaj. Do domu. Budzę się. Wstaję ocierając powieki. Uświadamiam sobie,
że był to sen. Ale czuję ukucie na plecach. Odwracam się i widzę tą samą kobietę i wiem, że to rzeczywistość.
Nasza rozmowa zaczęła się od moich wyżaleń. Od tego, że czułam euforię i niemożność. Ona doprowadziła moje myśli to czystości
i uznała, że jestem na siłach by tego dokonać. Moją głowę zaatakowały dociekania. Zastanowienia roiły się jak smuga nowo powstałych
chmur.. Uznała, że czas na podróż duszy. Ciało pozostawiłam w domu. I wyruszyłam sięgając po aparat w ostatniej chwili.
Znalazłyśmy się tym razem w Tybecie. Odprowadziła do mnie drzwi i uznała, że moja siła wewnętrzna jest na tyle odporna na to spotkanie.
Weszłam. Na sekundy stanęłam. Ujrzałam kontur ciała. Był to zapewne ciemnoskóry mężczyzna. W odróżnieniu od murzynów różniła go
niespotykana barwa cielesna. Nie potrafię określić tego słowem. Każdy musiałby wniknąć w moją pamięć. Oczy, duszę.
Usłyszałam tylko dźwięk bębnów. I naglę poczułam jego rękę. To on. To Budda.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz